Ambush: „Infidel” – recenzja

Podziel się!

Większa ilość wolnego czasu nie zwiększyła paradoksalnie mojej aktywności publicystycznej, na co wpłynął generalny zastój we wszystkich sferach życia. To może dość nietypowe, ale przyznam, że nawet mało w ostatnim czasie słucham muzyki, a już w szczególności rockowej. Do niej potrzeba ciągłych zmian, pędu tłumu i nowych celów. To właśnie codzienna aktywność generuje u mnie potrzebę obcowania z dźwiękiem. Teraz całe to pulsujące szaleństwo dnia codziennego wylądowało wraz z zapasami w zamrażalniku. 

Żeby zabić nudę zabrałam się za nietkniętą od kilku lat biografię Iron Maiden. Natychmiast wpadłam w klimat londyńskiego NWOBHM, a atmosfera tamtejszych klubów stała się niemal namacalna. Oczarowana zbiorem wspomnień z dawnych lat zebranych skrupulatnie przez Micka Wallsa, zaczęłam namiętnie przesłuchiwać nowości z podziemnej sceny NWOTHM, która kontynuuje i pielęgnuje heavymetalową tradycję z lat ‘80. Wspomnienie dobrych albumów z 2015 i 2014 szwedzkiej grupy Ambush skłoniło mnie do odsłuchu ich najnowszego krążka zatytułowanego Infidel.

Sam przymiotnik Infidel oznacza tyle co niewierny, a tytuł ten odzwierciedla całkiem dobrze teksty oraz okładkę, która nawiązuje do średniowiecznego zwyczaju palenia czarownic. Mimo, iż motywy rodem z horroru sprzed 30 lat już dawno przestały być przerażające, to jednak stanowią nieodłączną część współczesnej sceny heavymetalowej. Trochę szkoda, że czasy, gdy ludzi stosunkowo łatwo można było zaskoczyć, już minęły. Nawet bunt jest dzisiaj odtwórczy i czasem zwyczajnie nudny. Mimo to Ambush wygląda i gra fantastycznie.

Infidel to kontynuacja wściekłej natury poprzedników (Desecrator i Firestorm). Szwedzi bawią się tempem i strukturą riffów. Nie jest to nic odkrywczego – wszystkie kompozycje to mieszanka judasowych ciętych motywów z galopującymi melodyjkami w stylu Iron Maiden. Wokalista otwarcie próbuje naśladować Roba Halforda. Trochę mu brakuje. Słuchając go miałam wrażenie, że jest czasem zbyt wycofany w porównaniu z pozostałymi ścieżkami. Tymczasem wściekłe kompozycje wołają o wściekły wokal.

Zdecydowanie najlepiej wypadają kawałki, w których postawiono na harmonijne solówki i niebanalne gitary rytmiczne, np. tytułowy Infidel czy Yperite. Jest tu też kilka takich numerów, które bronią się swoją prostotą opartą na judasowym riffie i chwytliwym refrenie. To będzie np. Silent Killer, który przychodzi mi na myśl jako pierwszy.

To, co podobało mi się na Desecrator, podoba mi się także na Infidel– produkcja. Dobrze, że zespół nie poszedł w totalny garaż, bo solówki i te wszystkie smaczki, które przewijają się co chwila w utworach, zwyczajnie nie wybrzmiałyby w takiej formie odpowiednio. Z kolei zbyt nowoczesna i wygładzona produkcja także nie spełniłaby swojej roli w przypadku zespołu inspirującego się otwarcie dokonaniami zespołów z wczesnych lat ’80. Produkcji tak dobrej, jaką ma obecnie Ambush, nie miało wielu prekursorów odrodzenia heavy metalu na początku XXI wieku, jak na przykład Enforcer. (Ich debiut brzmiał jak live z koncertu granego w metalowym piekarniku.)

Szwedów zawsze postrzegałam jako twórców hitów. W tym przypadku użycie tego określenia byłoby lekko przesadzone, jednak nie ulega wątpliwości, że Ambush i ich nowy album mają potencjał. Infidel jest energetyzujący, często zmienia tempo, zaskakuje chwytliwymi refrenami, do których aż chce się potupać. Jak na zespół z założenia już wtórny, radzą sobie bez zarzutu.

8/10

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *