BACK IN TIME #4: „Sad Wings of Destiny”

Podziel się!

Sad Wings of Destiny to niewątpliwie wyjątkowy album w dyskografii Judas Priest. Ekipa z Birmingham w roku 1976 nie była jeszcze znana na świecie, stanowili jednak cholernie zdolny i pełen młodzieńczego zapału zespół, zdeterminowany, by odnieść sukces.

Już otwierający płytę Victim of Changes pokazuje pierwszy, wyraźny przebłysk geniuszu grupy. Rozbudowana suita, w której zespół postanowił budować napięcie, na zasadzie kontrastu między mocnymi, hardrockowymi riffami, „poszarpanymi” solówkami, a uspokajającym adagio, które oczywiście stanowi środkową część. Umieszczenie 8 minutowego utworu jako pierwszego to niewątpliwie odważny zabieg.

Młodzi Judasi nie byli jeszcze w pełni określeni muzycznie. Brak jednoznacznie wyrobionego stylu zaowocował stworzeniem bardzo różnorodnej płyty. Przede wszystkim oczywiście słychać starą szkołę brytyjskiego hard rocka, poza tym trochę czarnego bluesa, zespołu Queen, czy wreszcie całkiem sporo art-rocka.

Wielka szkoda, że zespół postanowił odejść od artystycznych fascynacji na kolejnych albumach. Na żadnej z późniejszych płyt nie zbudowali tak pięknego, lirycznego nastroju, jak w Dreamer Deceiver, czy Epitath. Nigdy tez nie pokusili się już na wykorzystanie w nagraniach fortepianu. A szkoda, bo Glenn posiadał spore predyspozycje do gry na tym instrumencie. Posłuchajmy sobie, jak pięknie fortepian współbrzmi z gitarami w Prelude

Nigdy też później głos Roba nie brzmiał tak szczerze, naturalnie, z pasją i młodzieńczą werwą. Trzeba przyznać, że Metal God był jak Lord Vader. Z biegiem czasu coraz bardziej zaczął zmieniać się z człowieka w robota.

Mimo wspomnianej różnorodności stylistycznej Sad Wings of Destiny jest niezwykle spójne. Ciężko mówić o jakimś większym koncepcie, jednak warto zwrócić uwagę, jak utwory płynnie przechodzą jeden w drugi – niczym na Dark Side of the Moon. Przy tym ładunek emocji jest nieporównywalnie większy niż u Pink Floyd.

Należy wspomnieć też o brzmieniu. Owszem, jest ono suche, płaskie i bardzo archaiczne, nadaje to jednak płycie uroku. Przypomina nam bowiem, że w czasach, w których dzieło powstawało, Judasi byli jeszcze zespołem na dorobku, stawiającym pierwsze kroki w muzycznym świecie. Szefostwo Gull Records na pewno nie mogło odżałować, że wypuściło grupę z pazernych łap. W późniejszym czasie wytwórnia próbowała wycisnąć ile się da ze sławy Kapłanów, tworząc najróżniejsze kompilacje, zawierające utwory z dwóch pierwszych płyt.

Czytając ten opis ktoś mógłby sobie pomyśleć, że nie jestem fanem późniejszych dokonań Judas Priest. Jest wręcz przeciwnie! Kocham takie albumy jak Screaming For Vengeance, Defenders of the Faith, czy Painkiller. Niemniej jednak bardzo mnie smuci, że Sad Wings of Destiny pozostaje wyraźnie w cieniu dokonań z lat 80. Nawet muzycy zdają się pamiętać jedynie o Victim of Changes.

Zachęcam więc gorąco do sięgnięcia po ten album. Zwłaszcza tych, którzy nie kojarzą co zespół nagrał przed British Steel.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *