Dream Theater we Wrocławiu 16.02.2020 [RELACJA]

Podziel się!

Niewiele jest rzeczy, które potrafiłyby mnie ściągnąć na koncert Dream Theater, na który muszę jechać 400 km. Co by to mogło być? Wejściówka za darmo, darmowy alkohol na terenie imprezy? Mogłyby to być czynniki sprzyjające, wystarczyła jednakże jedynie perspektywa usłyszenia w całości piątego długograja Amerykanów: Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory. Gdy dowiedziałem się, że zespół zaprezentuje jeden z moich ulubionych albumów grupy na żywo, od razu wiedziałem, co będę robić 16 lutego.
Wrocławski koncert miał być częścią trasy w formule “An Evening With…”, która w przypadku Dream Theater oznacza brak supportów i grubo ponad 2 godziny muzycznych doświadczeń. Poza świętowaniem 20-lecia swojego pierwszego w dziejach concept albumu, panowie promowali swoje najświeższe wydawnictwo – “Distance Over Time”, które ukazało się w lutym 2019 roku. Na fanów zgromadzonych w Hali “Orbita” czekał zatem set złożony z dwóch aktów – pierwszy, skupiony na najnowszych dokonaniach zespołu, natomiast drugi miał być w całości poświęcony historii zabójstwa Victorii Page.
Po intro wyświetlanym na ekranie umieszczonym w głębi sceny zespół od razu uderzył świetnym riffem z otwierającego najnowszy krążek “Untethered Angel”. Gitara od samego początku brzmiała potężnie i selektywnie. Mam wrażenie, że w pierwszych numerach Labrie miał nałożone za dużo pogłosu na wokal. Chęć zamaskowania niedoskonałości jest zrozumiała, jednak co za dużo, to niezdrowo. Sekcja brzmiała jak należy, z wyłączeniem stopy, która mocno dudniła, a jej dźwięk był wypompowany z mocy. Zespół został przywitany gromkimi brawami przez publikę, która tłumnie zjawiła się w niewielkiej hali. Niestety jej zapał został zaraz zgaszony przez zespół, który zaserwował 16 – minutowego kolosa “A Nightmare To Remember”. Ten numer w setliście koncertowej jest nieporozumieniem. Jednak panowie grywają go już od poprzedniego roku i widać, że mają frajdę wykonując ten “koszmarek”. W życiu nie zrozumiem dlaczego nie grają zamiast niego jakiegokolwiek innego kawałka, bo niemal każdy w ich dorobku jest lepszy. “Paralyzed” był jak orzeźwiający prysznic po spadku energii. Fenomenalne zwrotki rozbujały na nowo publikę, niestety tylko po to by zaraz znów zanudzić zgromadzonych na śmierć kolejnym numerem z “Distance Over Time” – “Barstool Warrior”. Jest tam co prawda parę ciekawych momentów i melodii, ale nie sprawdza się on za dobrze na żywo. Co innego należy powiedzieć o dwóch kolejnych kawałkach, którymi uraczyli publikę Amerykanie: szalony i zmienny “In the Presence of Enemies – Part I” oraz fenomenalnie wypadający na żywo “Pale Blue Dot”. Oglądanie Mike’a Manginiego, który gra perkusyjne intro do tego utworu jest czystą przyjemnością. Następnie John Petrucci strzelał riffami niczym z naprzesterowanej rakiety. Różnorodność rytmiczna i kompozycyjna tego kawałka zachwyca, w szczególności jego druga, instrumentalna część, gdzie każdy element jest dokładnie wyliczony, a całość przypomina skomplikowaną machinę, w której każda część jest niezawodna. Ten godzinny set był męczący. Labrie wył i co chwilę wypadał z tonacji irytując mnie niemiłosiernie. Jednak wiedziałem, że dobre dopiero nadejdzie. Nie myliłem się. Po 20-minutowej przerwie wyświetlono kolejne intro, a z głośników popłynęło charakterystyczne tykanie zegara.

“Regression” to jeden z niewielu momentów, w których James nie irytował, a ja miałem ciarki na całym ciele. Instrumentalny “Overture 1928” został odegrany perfekcyjnie. Cała historia przedstawiona na albumie była dodatkowo wzbogacona o animowane wstawki przedstawiające to, co działo się w danej chwili z bohaterami tajemniczej opowieści. Myślałem, że widownia trochę się rozkręci przy “Strange Deja Vu”, które dla żadnego fana grupy nie powinno być anonimowym utworem. Przeliczyłem się. W sektorze, w którym siedziałem, byłem jedną z niewielu osób, które śpiewały i jakkolwiek reagowały na to, co dzieje się w utworach. Nie zmieniło się to do samego końca koncertu, a nawet w pewnym momencie pewna pani, która siedziała za mną, podczas zabaw muzyków z sygnaturami czasowymi potrafiła powiedzieć, że zespół zagrał w danym momencie nierówno. No nieźle! Druga część “Fatal Tragedy” to kolejny popis instrumentalistów. Moje uwielbienie dla tego albumu jest wystarczająco duże, aby zacząć olewać to co robi wokalista. W końcu tutaj liczyły się kompozycje, historia i instrumenty, które były eksploatowane do granic swoich możliwości. “Beyond This Life” bezsprzecznie należy do moich highlightów koncertu, razem z “Through Her Eyes”, podczas którego bardzo mocno zapociły mi się oczy. Solówki gitarowe Johna w tym numerze są tak poruszające, że nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Wzruszenie spotęgował fakt, że na ekranie za muzykami wyświetlano nagrobki z nazwiskami wielki muzyków, którzy już odeszli z tego świata, m. in. Bowie, Peart, Zappa, Emerson, czy Burton. Po zwolnieniu nadszedł czas na mroczny, potężny „Home”. W trakcie tego kawałka nieco się zdziwiłem, bo część instrumentalna mnie znudziła, a porwały genialne zwrotki i refren. “The Dance of Eternity” to utwór z rodzaju tych, które ilekroć byśmy nie słyszeli, to na żywo nigdy się nie znudzą. Dla wielu osób to bezduszne pokazywanie swoich niesamowitych umiejętności, ja jednak należę do grona osób, które odnajdują wśród tych wszystkich połamańców melodię oraz wychwytują ciekawe riffy i rozwiązania rytmiczne. “One Last Time” oraz “The Spirit Carries On” to chwila oddechu i czas pożegnania kochanków – bohaterów historii. W tym drugim numerze Mike Mangini zagapił się i nie wszedł w zwrotkę, tak jak było to zaplanowane, co nie umknęło wprawnemu uchu polskiej widowni, która zaczęła złośliwie chichotać. Front pro-portnoyowski jest dalej bardzo silny wśród fanów Dream Theater, jednak uważam, że Mangini udowodnił, że poza tym, że jest fenomenalnym perkusistą, to stanowi już integralną część tego zespołu. Muzycy powoli zmierzali do wielkiego finału – “Finally Free”, który jest moim ulubionym kawałkiem na Metropolis 2 i jednym z najbliższych mi w ogóle. Uwielbiam klimat tego utworu, wplecenie refrenu “One Last Time” oraz część instrumentalną, podczas której Mangini przeszedł samego siebie i przebił to, co w 1999 roku zarejestrował Portnoy. Niektórzy znów byli skonsternowani i uważali, że zespół gra nierówno, więc nie ma co się z nimi kłócić, tak musiało być!
Zespół zszedł ze sceny, ale wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec. Po paru minutach oklasków i aplauzu wyszli na podest ponownie i zagrali mój ulubiony numer z “Distance Over Time” – “At Wit’s End”. Szalone tempo i skomplikowany riff nie zdołały pokonać tytanów prog metalu i na sam koniec podkreślili dobitnie, że są w doskonałej formie. Bardzo się cieszę, że usłyszałem to małe dzieło na żywo, bo w tym momencie jest to, obok “Pale Blue Dot”, jedyny fragment najnowszej płyty, do którego wracam.

Na koniec pragnę umieścić parę słów na temat technikaliów. Scenografia była bardzo minimalistyczna. W centralnej części znajdował się okazały zestaw perkusyjny, który sam w sobie na żywo robi ogromne wrażenie. Po bokach znajdowały się niskie schodki prowadzące na podest średniej wysokości, na którym czasem znajdowali się to James, to Jordan z keytarem, czy też powalający na kolana Petrucci grający solówki w charakterystycznym dla siebie delikatnym rozkroku. Animacje wyświetlane na ekranie były przemyślane i dobrej jakości, co tylko wzbogaciło niesamowite muzyczne doznania.
Instrumentaliści Dream Theater przyzwyczaili fanów do poziomu nieosiągalnego dla zwykłych śmiertelników, dlatego bolesnym jest fakt, że James Labrie po prostu niszczy ich pracę. O ile w średnich rejestrach wypada nieźle, o tyle przy wyższych dźwiękach nie potrafi utrzymać się w tonacji i co chwile częstuje słuchaczy soczystymi fałszami. Przyznam szczerze, że jest to jedyny element, który odstrasza mnie od uczestnictwa w większej ilości koncertów Amerykanów. Niestety, jest on na tyle istotny, że podejrzewam, iż warunkuje on obecność na koncertach wielu fanów.
Wypad do Wrocławia uważam za udany. Była to okazja do posłuchania na żywo płyty wyjątkowej, która wyznaczała mi ścieżki i poszerzała horyzonty na początku mojego poważnego obcowania z muzyką. Nie spodziewałem się tak licznej publiczności, szkoda tylko, że była tak ospała i nieskora nawet do śpiewania. Jednak każdy sukces frekwencyjny Knock Out Productions cieszy, bo rośnie na rodzimym rynku organizacyjnym naprawdę konkretny zawodnik, który nie boi się podejmować ryzyka i przede wszystkim rozumie fanów cięższych brzmień i nie wykorzystuje ich sentymentów i sympatii do artystów w celach wyłącznie zarobkowych.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *