Klasyka spotyka nowoczesność, czyli recenzja debiutanckiego albumu Induction

Podziel się!

Niektóre młode zespoły zginą na rynku, bo nie potrafią grać. Niektóre zje spirala promocyjna. Pozostali będą bić się o miejsce na scenach czekając na łut szczęścia i licząc na pozytywny odbiór. Induction zdaje się jakoś omijać te bariery. Od samego początku zespołowi Martina Becka przyświecał jasno określony cel, a gitarzysta zdaje się dobrze wiedzieć, jak prowadzić zespół, który już wkrótce ma odnieść sukces. Poziomu social mediów i cennych znajomości, którymi poszczycić się może każdy z członków zespołu, wielu zapewne im zazdrości.

Po latach składania kapeli uformowano pełny skład oraz zarejestrowano debiutancki album zatytułowany Induction. Dziś do zespołu należą: Martin Beck, Tim Hansen, Sean Brandenburg, Werner Erkelens oraz Nick Holemann. Przyjrzyjmy się bliżej ich najnowszemu nagraniu i sprawdźmy, czy rzeczywiście definiuje ono charakter zespołu tak trafnie, jak mogłaby sugerować jego nazwa.

Induction przedstawia klasyczny power metal w odświeżonej formie. Kompozycyjnie utwory przywodzą na myśl klasyczne kompozycje Gamma Ray, jednak nowoczesne riffy, szczególnie te napisane przez Tima Hansena, zupełnie na to by nie wskazywały. Symfoniczne wariacje robią tu za dobre tło dla ostrych, progresywnych gitar. Kontrast ten sprawia, że twórczość Induction zapada w pamięć.

Album otwiera symfoniczne intro Message in The Sand przypomina jingle animacji poprzedzających produkcje dużych wytwórni filmowych. Utwór emanuje patosem i płynnie, lecz nieśpiesznie przechodzi w kolejny kawałek.

By the Time, Pay The Price i The Outwitted Consecration to najmocniejsze momenty albumu. Ten trzeci nieco różni się od swojej pierwotnej wersji, nagranej udziałem Teemu Mäntysaariego. Uwagę zwraca też Mirror Make Believe (My Enemy), w którym gościnnie jako drugi wokalista wystąpił Kai Hansen. To bardzo skondensowany numer, co warunkuje nie tylko gęstość uderzeń intensywnych bębnów Seana Brandenburga, ale też fakt, że w tym utworze wyjątkowo mamy dwóch wokalistów celujących w zupełnie inne rejestry. Po tym wszystkim dość dobrze wchodzi spokojny Hiraeth, umieszczony tu chyba właśnie po to, żeby uspokoić atmosferę.

W drugiej części kawałki są nieco bardziej niemrawe, choć mają dobre (a nawet bardzo dobre) momenty. Refren My Verdict oraz jego motyw przewodni, czy teatralność A Nightmares Dream zaliczam się do niewątpliwych plusów albumu. Z kolei kiczowatość przesłodzonego At the Bottom czy niemrawość The Riddle trochę obniżają wartość całej drugiej części, która momentami się dłuży. Na sam koniec rytmiczne, transowe Sorrows Lullaby, czyli numer-wyjściówka i ostatnie słowo muzyków na temat debiutu. To numer emocjonalny, niezbyt szybki, pozostawia jakieś niedopowiedzenie, które będzie kontynuował dopiero kolejny krążek.

Czy Induction spodoba się każdemu? Z pewnością nie. To muzyka efekciarska, przesłodzona bardziej niż Avantasia, omija na szczęście typowe metalowe symfoniczne stadionowe granie, zostawiając jedynie tyle, by było oryginalnie i estetycznie. Do tego wszystkiego jeszcze wszechobecna progresywność, która jest największą wartością krążka. To jest właśnie Induction, które album zrealizowało na tak wysokim poziomie kompozycyjnym i produkcyjnym – przebojowe, intensywne i głodne odkryć.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *