Radosne psalmy ku czci diabła – relacja z koncertu Ghost w Katowicach

Podziel się!

Niesamowicie obserwuje się, jak zespół staje się gigantem sceny. Bo ilu kapelom się to dziś udaje? Szczyt zarezerwowany jest dla nielicznych, chyba jeszcze bardziej, niż kiedyś. Ghost zdobył go bardzo szybko. Bezczelnie wdarł się na niego za pomocą swoich nośnych piosenek wielbiących rogatego, osobliwemu image’owi oraz przemyślanej strategii marketingowej. A przecież dopiero co poznawałem tę specyficzną grupę, z której powszechnie albo robiono sobie żarty, lub którą w lepszym wypadku ignorowano.

Los bywa jednak przewrotny. Seria solidnych płyt, Grammy za singlowe „Cirice” i szum medialny wokół procesu sądowego między byłymi już muzykami znanymi jako The Nameless Ghouls oraz wokalistą i liderem wcielającym się w kolejne odsłony Papy Emeritusa, Tobiasem Forge, zrobiły swoje. Ghost z klubów przerzucił się na hale, w tym na katowicki Spodek. 30 listopada miał odbyć się pierwszy pełny koncert grupy w obecnym, ośmioosobowym składzie. Co prawda Duch zdążył już nastraszyć Warszawę w sierpniu jako support Metalliki, ale był to krótki występ w warunkach, w których ów zespół nie powinien występować. Bluźniercze psalmy w blasku słońca? Niby można, ale wychodzi to średnio (sam przekonałem się o tym dwukrotnie), dlatego dobrze się stało, że polscy fani mieli okazję zobaczyć Ghosta w odpowiednich warunkach.

Wiecie, co jest prawdopodobnie jedną z najgorszych rzeczy, jaka spotyka mnie dość regularnie? Organizacja koncertów. Nie wiem już, ile przekleństw z siebie wyrzuciłem przez tę kwestię. W Katowicach Live Nation i najpiękniejsza firma ochroniarska Fosa nie zawiedli. Po co staliśmy tam ze znajomymi od 13, skoro nasze drzwi do wejścia (oczywiście nie było co liczyć na udostępnioną przed koncertem mapkę obiektu, gdyż ostatecznie wszystko i tak wyglądało inaczej) otwarto później, niż inne? Cudowna sprawa, ale nie jest to mój faworyt w tej materii. Otóż po raz pierwszy w swojej koncertowej karierze dowiedziałem się, że łańcuszek od portfela to przedmiot zakazany na tego typu imprezach. Dobrze, że w końcu jakoś udało mi się przekonać ochronę, iż nie jest to narzędzie zbrodni, ale, tak czy inaczej, o barierkach mogłem już tylko pomarzyć. No trudno, drugi rząd ujdzie, chociaż biorąc pod uwagę to, jakim jednostkom udało się dostać do pierwszego, ów stan trochę mnie boli.

Jako pierwsze na scenę wkroczyło Tribulation. Ostatnimi czasy w swojej muzyce Szwedzi łączą gotyk, black i heavy metal. Wychodzi im to całkiem nieźle, „Down Below” z ubiegłego roku to naprawdę dobra pozycja, dlatego też cieszyłem się na ten gig. Muzycy zaczęli swoje show punktualnie. Na początku byłem nieco zaskoczony ich wyglądem, gdyż nie znałem image’u zespołu, który jak się okazało, jest głęboko zakorzeniony w black metalu. Start koncertu i już wiedziałem, że będzie średnio. Nagłośnienie było po prostu kiepskie i gdyby nie to, że kojarzę numery zaprezentowane polskiej publiczności, wszystko zlewałoby mi się do kupy (a i tak miejscami się to działo). Najbardziej podobało mi się otwierające występ „Nightbound” i rewelacyjne „The Lament”, bolał brak kapitalnej „Lady Death”. Cóż, nie można mieć wszystkiego, szczególnie z setlistą na 40 minut. Jeśli mam być szczery, to cieszę się, że nie była dłuższa. Kiedy stałem i patrzyłem się na to wszystko, miałem wrażenie, że Tribulation gra na „jedno kopyto”, co poniekąd na pewno było winą dźwięku. Słyszałem, że na koncercie dzień później, w Pradze, wypadli dużo lepiej. Całkiem możliwe, osobiście trochę się zawiodłem.

Swoją drogą nie pozdrawiam napalonego fana Tribulation, za którym miałem wątpliwą przyjemność stać. Gościu, ogarnij się trochę. Super, że lubisz ten zespół, ale nie headbanguje się pół metra w tył. Tak samo raczej nie machaj tymi łapami tak, by wybijać ludziom za sobą oczy.

Po gigu Tribulation zaczęło rozstawiać się All Them Witches. Oczekiwanie na koncert umilała nam puszczana z głośników muzyka. Okazało się, że tekst do „Take On Me” autorstwa A-ha zna pół hali. Słowa „War Pigs” Black Sabbath kojarzyło już tylko kilkadziesiąt osób. Trochę przykre, ale Spodek gościł wtedy osobliwą publiczność. Dość dziwnym zabiegiem było puszczanie Kanye’go Westa, którego notabene cenię, ale który nijak nie pasował do klimatu imprezy.

Amerykańskie trio zainstalowało się na scenie zgodnie z rozpiską czasową. Chciałbym móc napisać, że spełnili moje dość wysokie oczekiwania, ale niestety tak się nie stało. Koncert miejscami był po prostu nudny i chociaż lubię tworzoną przez nich muzykę, to zdarzało mi się zerkać na telefon w celu sprawdzenia godziny. All Them Witches zagrało set złożony między innymi z nowego „1×1”, mocnego „Diamond”, czy też utrzymanego w duchu legendarnego „Black Dog” Zeppów „When God Comes Back”. Na niekorzyść występu wpływał fakt, iż zespół celowo wydłużał kompozycje. Myślę, że w klubowych warunkach Wiedźmy mogłyby zrobić na mnie dużo lepsze wrażenie. Całościowo był to lepszy gig, niż to, co wcześniej pokazało Tribulation, ale bez szału.

Po koncercie All Them Witches standardowo czekała nas zmiana wystroju sceny, której przez większość czasu nie widzieliśmy, gdyż techniczni bardzo szybko opuścili kurtynę. Kiedy z głośników rozległo się pierwsze intro „Klara Stjärnor” wiedziałem, że jeszcze tylko 20 minut, bo kolejne, dostojne „Miserere Mei, Deus” jest naprawdę długie. W końcu jednak zrobiło się cicho, a w Spodku rozległ się głos małej dziewczynki z wprowadzającego w historię ostatniej płyty „Ashes”.

„Ring a ring of roses
A pocket full of posies
Atishoo, atishoo
We all fall down
Ashes on the water
Ashes in the sea
Ashes on the riverside
One, two, three”

I uderzenie sekcji rytmicznej. Kurtyna opadła, a oczom publiczności ukazała się piękna scena Ghosta oraz siedmiu Ghouli i Ghoulettek cierpliwie wyczekujących na konkretny moment — chwilę, gdy perkusja wybiła pierwsze dźwięki przebojowego „Rats”. Tak rozpoczęło się szaleństwo. To idealne otwarcie koncertu, gdyż numer ten ma w sobie wszystko to, za co pokochano projekt Tobiasa Forge. No i właśnie, Forge…Moment, gdy jako Cardinal Copia wychodzi na scenę skąpany w pisku fanów, spośród których dla wielu był to pewnie pierwszy koncert Ghosta — bezcenny. Refren „Rats” śpiewał chyba każdy. Chociaż jest banalnie prosty, to nie da się od niego uwolnić. A to przecież dopiero początek, za już po chwili nadszedł czas na potężne „Absolution”, podczas którego Duch po raz pierwszy pokazał, że przygotował nie tylko koncert, ale i show. Petardy, których odgłos pewnie niejednemu dał się we znaki, były jedynie namiastką rozbuchanego przedstawienia, które rozkręcało się z każdym utworem. Przyznam, że nie wiem, jaki jest powód tego zjawiska, ale „Absolution” i kolejny numer, czyli „Faith” bardziej podobały mi się na sierpniowym koncercie w Pradze. Niby mowa o wykonaniach praktycznie jednakowych, ale tym razem coś mi tam nie do końca grało. Na szczęście kolejny utwór wszedł już gładko. Po wrześniowej premierze „Mary On A Cross” wylałem na ten numer wiadro pomyj, ale wersja koncertowa tego kawałka jest wprost genialna. Obecnie piosenka chyba zalicza się do mojego TOP 10 Ghosta.

Po tych kilku numerach przyszła chwila wytchnienia w postaci instrumentalnej miniaturki „Devil Church”, po której miejsce miał pojedynek gitarzystów. Walka na solówki była wyrównana, ale wygrał ją Ghoul z białą gitarą. Chwilę potem rozpoczęło się „Cirice”, czyli kompozycja, dzięki której Ghost w końcu mógł wystąpić w Spodku, a nie klubie. Szczerze mówiąc, to nigdy nie darzyłem tego numeru szczególnym uczuciem. Wypadł w porządku, ale nie zmienił mojego nastawienia do siebie. Miłym widokiem był Copia trzymający dłoń fanki z pierwszego rzędu.

Frontmanowi zespołu można by tak na dobrą sprawę poświęcić cały akapit, jeśli nie artykuł. Jego pewność sceniczna jest godna podziwu tak jak łatwość we wchodzenie w interakcje z publicznością. Jednym z moich głównych wspomnień z katowickiego koncertu będzie chwila, w której ktoś obok mnie krzyknął do Copii „I wanna a pick”, co ten zrozumiał jako „I wanna pee”. Odpowiedział „You can go pee, it’s ok. Or you can do it here. We do it all the time. Just kidding!”. Tobiasa należy też pochwalić za to, jak zrehabilitował się za ostatnie lata, kiedy jego wokal i zabiegi związane z taśmami wspierającymi go można było uznać za smutny dowcip. Ładnie, Tobias. Bardzo ładnie.

Kiedy skończyło się „Cirice”, na scenie zrobiło się pusto, aż wkroczyło na nią trzech doktorów z okresu epidemii dżumy. Ten akcent ciekawie wprowadził nas w kolejny utwór, gdyż tytułowa „Miasma” to morowe powietrze, które według średniowiecznych uczonych miałoby roznosić zarazę. Zaprawdę powiadam Wam: jest to utwór wielki. Kocham to subtelne wejście klawiszy i delikatne uderzenia bębnów, a także wszystko to, co dzieje się później za sprawą reszty instrumentów. Tutaj wszystko ze sobą współpracuje. No i ta niesamowita solówka na saksofonie… Tak, oczywiście wiem, że podczas koncertu schorowany Papa Nihil (w tej roli trzeci, stojący nieco z tyłu Ghoul — gitarzysta) odgrywa ją z playbacku, ale pod względem widowiskowym to świetna, humorystyczna chwila.

Co do humoru — jest on nieodłączną częścią Ghosta. Ludzi, którzy śledzą poczynania szwedzkiego objazdowego antykościoła od dawna, może nieco razić to, że obecnie jest go coraz więcej, ale ja to jeszcze toleruję. Nawet gdy Copia ubrany niczym gangster wyjeżdża na scenę usadowiony na dziecięcym rowerku. Tak, Duch odwołuje się do groteski i śmiechu, ale w żadnym stopniu nie przysłaniają one muzyki. W końcu zaraz po osobliwym wejściu, duchowny i jego zamaskowani koledzy (w obliczu obecnej sytuacji powinienem chyba pisać „pracownicy”) wykonali piękne „Ghuleh/Zombie Queen”, które wypadło lepiej, niż bym przypuszczał i stanowiło jeden z najlepszych momentów koncertu.

Ghost zawiódł mnie tym, jak potraktowano piękne i wielowątkowe „Helvetesfönster”. W Katowicach odegrano jedynie pierwszą minutę kompozycji, po czym rozpoczął się wyśmienity „Spirit”. Dopiero wtedy Copia wkroczył na scenę w szatach kardynalskich, co zresztą zrobiło na mnie spore wrażenie, gdyż jestem z grona fanów mlaskających o tym, że „kiedyś to było” i sakralny wymiar koncertów Ghost jest tym, czego mi dziś brakuje. Sam numer wypadł genialnie, nawet lepiej, niż zakładałem. Cóż, taka specyfika koncertów. I chyba przez to je kochamy, prawda?

Kolejne w kolejce było „From The Pinnacle To The Pit”, które nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Jest tyle lepszych kawałków, które wolałbym usłyszeć zamiast niego, ale Forge uporczywie wciska ów utwór do setlist. Mam nadzieję, że wraz z nadejściem piątej płyty to się zmieni, ale nie mam ku temu wielkich nadziei. Na szczęście następnym numerem był absolutny evergreen i coś, bez czego trudno wyobrazić sobie koncert Ghosta – „Ritual”. Dla mnie to jest piosenka, która to wszystko rozkręciła na dobre. Gdyby nie ona, pewnie nie pisałbym teraz tej relacji. Niesamowite, jak piękne mogą być hymny do szatana. A „Ritual” jest bez wątpienia piękny. Być może to mój ulubiony kawałek sygnowany przez projekt z Linköping, ale mam tu małą rozterkę. Zresztą ta rozterka znajdowała się na kolejnym miejscu w setliście…

„Satan Prayer”. Oj jak kocham ten numer! Nie wiedziałem, że da się bardziej, ale jednak jest to możliwe. Jego aranżacja koncertowa jest niesamowita. Chóralne śpiewanie refrenu to cudowne doświadczenie, a przynajmniej powinno takie być. Niestety wtedy wyszło szydło z worka i okazało się, że lwia część publiczności zwyczajnie nie zna tej kompozycji. Szkoda, bo Copia (tym razem w pelerynce ukradzionej z szafy Draculi) starał się wykrzesać z publiki tyle, ile tylko się dało. Osobiście darłem się, ile wlezie, co Kardynał zresztą zauważył i docenił. Miły akcent. Trudno wyrazić, co dokładnie czułem, kiedy po tych wszystkich latach w końcu dane mi było usłyszeć proste, ale fantastyczne solo z tego utworu. Dla mnie „Satan Prayer” był najlepszym punktem katowickiego nabożeństwa. Po prostu magia.

„Belial, Behemoth, Belzebub, Asmodeus, Satanas, Lucifer” – chór wypowiadający te imiona był oczywistą zapowiedzią tego, co miało nastąpić chwilę potem. „Year Zero” grane jest zawsze, zresztą trudno się dziwić temu stanu rzeczy. To efektywna kompozycja, a na koncercie robi wielkie wrażenie. Ghost to nie Slayer pod względem pirotechniki, ale wie, jak powinno się bawić z ogniem i pokazuje to właśnie podczas tego wałka. Wykrzyczane przez te około siedem, osiem tysięcy zgromadzonych „Hell Satan”, przy buchających płomieniach naprawdę robi wrażenie. I właśnie dlatego Duszek powinien wystrzegać się koncertowania na otwartym powietrzu w dzień. Cierpi na tym spektakl, jaki oferuje nam Copia.

„He Is” było najsłabszym momentem koncertu. To niezła piosenka, ale ilość utworów z według mnie przecenianej „Meliory” była trochę niedorzeczna, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że zespół promuje zeszłoroczne „Prequelle”. Co ciekawe, bydło najbardziej aktywne było właśnie na balladzie. W życiu nie pojmę tych kretynów, którzy na koncertach zachowują się jak zwierzęta, ale cóż zrobić. Na szczęście koleje w repertuarze było mocarne „Mummy Dust”, podczas którego wystrzeliły armatki z konfetti i dolarami z wizerunkiem Papy Nihila.

Zestaw ostatnich trzech utworów przekonał do tańczenia chyba wszystkich ludzi zgromadzonych na płycie Spodka. Świeżutkie, przepełnione klimatem lat sześćdziesiątych „Kiss The Go-Goat” wypadło kapitalnie i pokazało, że nowe utwory Ghosta z miejsca stają się klasykami. Przebojowe „Dance Macabre” wyszło rewelacyjnie i sprawiło, że publika stała się naprawdę głośna. Całość zamknął „Square Hammer”, czyli sprawdzony przebój koncertowy, którego co prawda nie lubię w wersji studyjnej, ale który na żywo wypada bardzo porządnie. I to był już koniec. Zespół żegnał się dźwiękach „Sorrow In The Wind” autorstwa Emmylou Harris. Melancholijny tekst o rozłące dobrze opisywał to, co czułem wtedy ja i zapewne wiele innych osób. Jednakże, chociaż widok stojącego samotnie na scenie mistrza ceremonii, Tobiasa Forge kłaniającego się publice przy skierowanym na niego gasnącym świetle był odrobinę przykry, to nie było to smutne pożegnanie. Tamtego wieczoru dostałem to, czego chciałem… A nawet więcej.

W pewnym sensie jestem dumny z tego, co osiągnął Ghost. Odkładając na bok wszystkie brudy związane z rozprawami sądowymi, po prostu cieszę się, że miałem okazję widzieć jego początki, a potem histeryczne wręcz reakcje publiki liczącej tysiące ludzi na piosenki, którymi wcześniej zachwycali się nieliczni. Muzyka, jaką oferuje Ghost, nie każdemu przypadnie do gustu. Przyczyny są różne i kiedyś pewnie napiszę felieton o tym, czym tak naprawdę jest Duch, z czym się go je i skąd taki byt się w ogóle wziął. Konsekwentnie trzymam się zdania, pod którym podpisuję się od dawna: za tym zespołem stoi jeden z obecnie najlepszych songwriterów, który kapitalnie i z szacunkiem wykorzystuje dziedzictwo wcześniejszych dekad. A ja po prostu cieszę się, że miałem okazję zobaczyć go jeszcze raz.

P.S. Wielkie podziękowania dla cudownej koncertowej ekipy, z którą miałem przyjemność spędzić tamten dzień. To były piękne chwile.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *