Recenzja: Me And That Man – „New Songs, New Man, Same Shit. Vol. 1”

Podziel się!

Uważajcie, Drodzy Czytelnicy. W najbliższych dniach będziecie narażeni na wiele artykułów i wywiadów, w których najpewniej będziecie mogli posłuchać o przekraczaniu Rubikonu, dowiedzieć się czym jest sztuka, znaleźć pytanie na odpowiedź, dlaczego religia to zło, a także poznać wiele innych filozoficznych przemyśleń ubranych w wyrafinowane słowa. Temu wszystkiemu towarzyszyć będzie widok szerokiego, czarnego kapelusza. Tak, proszę Państwa, stało się: Me And That Man wydało drugi album.

Debiutancki krążek „Songs Of Love And Death” z 2017 roku zdobył swoje grono fanów. Głównie wśród fanów Behemotha i osoby Nergala, dla których formuła zaproponowana przez Darskiego i Johna Portera była jakąś nowością. „New Songs, New Man, Same Shit. Vol. 1” skierowane jest do tej samej grupy docelowej. Trochę rzeczy się pozmieniało. Porter odszedł, Nergal postanowił nagrać każdy utwór z innym wokalistą, ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo, co wcześniej. Mamy tu kawałki utrzymane głównie w konwencji bluesa i dark americany, chociaż mimo wszystko jest dość różnorodnie i za to płyta ma u mnie plusa. Niestety jest to jeden z nielicznych pozytywów, jakie mogę napisać na temat tego wydawnictwa.

Nowe dzieło Me And That Man to jeden wielki niewypał. Większość kompozycji jest nijaka, pusta, wypełniona pomysłami podejrzanymi u innych wykonawców, ale zagranymi w gorszy sposób. Weźmy taki singlowy „Burning Churches”. Brzmi to tak, jakby grupka podstarzałych fanów Nicka Cave’a gdzieś z czasów „Tender Prey” stwierdziła, że chce grać w stylu swojego idola. Efekty są wręcz żałosne. A teraz sięgnijmy do „Run With The Devil”. Kompozycja przynosi na myśl twórczość Organka, tylko w gorszym wydaniu. Imitacje i inspiracje są tu bardzo łatwe do wychwycenia. Czuć, że część tych numerów miała wiać klimatem Mississipi, ale ostatecznie wieje tylko nudą. W „Surrender” nie dzieje się zupełnie nic, nie ma tam nawet godnych zapamiętania linii wokalnych. Smuci, że te kawałki niewiele zyskują nawet przy dobrych głosach. „How Come?” nagrane z udziałem Coreya Taylora brzmi po prostu słabo, a mówimy przecież o bardzo dobrym gardłowym, który odnajduje się w skrajnie różnym repertuarze.

Oczywiście bywa, że jest lepiej. Co prawda pod względem instrumentalnym „By The River” to prawie cztery minuty niczego, ale Ihsahn, któremu z niesamowitą łatwością przyszło zaśpiewać ten bluesowy kawałek, czyni go choć trochę interesującym. Miło było też usłyszeć Johannę Sadonis w nieco zaskakującym, jakby wyjętym ze starego westernu „Deep Down South”. Jestem miłośnikiem jej wokalu i jak zwykle nie zawiodła, nawet jeśli sama kompozycja nie ma zbyt dużych walorów muzycznych. Podoba mi się też „Męstwo” – tylko w tym numerze usłyszeć można Nergala i ze zrozumiałych względów jedynie tu pojawia się tekst po polsku. To w gruncie rzeczy jedyny kawałek, który mogę nazwać „dobrym”. Nawet jeśli inne piosenki mają niezłe fragmenty, jak „Coming Home” i „Man Of The Cross” ze swoimi refrenami, to całościowo wypadają słabo.

Jak widać, światu nie wystarczył koronawirus, swoje trzy gorsze dorzucić musiał Nergal, którego atak na słuchaczy uznać można za zagrożenie równe temu z Chin. Płyta jest zwyczajnie słaba, a słuchanie jej stanowi ciężkie przeżycie. Zapewne nikt, kto zna wykonawców pokroju Wovenhand lub Kinga Dude’a nie zatrzyma się przy tym krążku na dłużej. Fani Behemotha prawdopodobnie będą zachwyceni niespodziewanymi zwrotami akcji pokroju wykorzystania saksofonu, ale nie wierzę w to, że drugi album Me And That Man ujmie kogoś poza tą grupą. Nie sądziłem, że będzie to dzieło gorsze od debiutu, a jednak tak się stało. Co gorsza, tytuł płyty to przecież „New Songs, New Man, Same Shit. Vol. 1. Coś takiego odbierać mogę chyba tylko jako groźbę ze strony twórcy.

OCENA: 4/10

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *