Holocaust oryginalności

Podziel się!

Kto w gimnazjum nie słuchał Powerwolfa, niech pierwszy rzuci kamieniem i wyjdzie z tego artykułu. Niemieccy ulubieńcy przygodę ze sceną zaczynali wcale nie tak dawno, jak by się mogło wydawać. Z okazj 15-lecia działalności dostaliśmy w ubiegłym tygodniu wyjątkowy singiel zatytułowany Kiss of the Cobra King.

Oryginalny numer to część debiutu Powerwolfa. Return in Bloodred było albumem nie mniej przebojowym od jego następców, jednak wyjątkowym pod względem brzmienia. Przearanżowana wersja Cobry wywołała u mnie refleksję na temat całokształtu twórczości zespołu oraz tego, jak przy pomocy nowoczesnych producentów sprofanował on swoją własną duszę.

Kreatywność zespołów spod znaku Sabatonu kończy się zazwyczaj na pierwszych dwóch czy trzech albumach, w których wytwórnie upatrują potencjalnych kandydatów na kontrakty. Dziś święto Return on Bloodred, więc na nim się skupię.

To album neo-heavymetalowy, z wyraźnymi riffami i mocnymi kompozycjami. Oczywiście, już nosi te powermetalowe znamiona komercyjnej nowej fali, ale wciąż dobrze się broni charakterystycznym wokalem Attili wspieranym przez epickie chórki. Całość jest charyzmatyczna, oryginalna, ale utrzymana w klasycznych konwencjach. A co najważniejsze – produkcja trafia w sedno.

Jak już pewnie zauważyliście, lubię gdy gitary brzmią jak gitary, a klawisze nie są podpierdolone od Zenka Martyniuka. Tak więc mamy teraz najnowszy singiel upamiętniający czasy debiutu które, niestety, przeminęły.

Nowa Cobra to numer który mógłby być wyjęty z każdego z albumów wydanych po Lupus Dei. To typowe dziecko okresu, w którym Powerwolf rezygnuje z klasyki na rzecz kartonowej perkusji, wszechobecności tandetnych organów, braku urozmaicenia w partiach wokalnych. Kiss of the Cobra King jest zupełnie nowym numerem. Wypranym z głębi, przesyconym efektami, pozbawionym ekspresji, rozmazanym i zniekształconym. To kolejny kościelny hymn, których grupa naprodukowała ostatnimi czasy aż nadto.

To nie jest tak, że sama konwencja jest zła. Image zespołu i pierwotny pomysł są bardzo zgrabne i na pewno sprzedałyby się w każdej muzycznej formie. Razi mnie natomiast rezygnacja z estetyki na rzecz kiczu. A fani są jak klienci McDonald’s. Niby wiedzą że niezdrowo i śmieciowo, ale nadal jedzą bo jest przecież tanio i przyjemnie.

W ten oto sposób Powerwolf wystawił sobie piękne świadectwo i potwierdził wszelkie zarzuty stawiane im przez krytyków od kilku lat. Niemcy dokonali eksterminacji kreatywnych pierwiastków przy wsparciu nadgorliwych producentów i niedojrzałych fanów.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *